Le Marin – Soufriere – Bequia – Tobago Cays – Canouan – Wallilabou – Marigot – Fort de France – Le Marin
Dziennik

Martinique – Le Marin
Le Marin
W niedzielę rano idziemy na zakupy do pobliskiego Auchana. Część zapasów została już zrobiona wczoraj przez tą część załogi co dotarła wcześniej. Zakupy nie są łatwe bo w zasadzie powinniśmy się zaopatrzyć na całe 2 tygodnie! Martynika należy do Francji i jest cywilizacja. Dalej na południe trudno o duże markety, a w małych sklepikach jeśli w ogóle coś jest to ceny są według uznania sprzedającego czyli dla nas pewnie kilkukrotnie zawyżone. Jest też podobno opcja zamawiania zakupów online w rozsądnych cenach z dowozem na jacht do wybranego miejsca ale nie sprawdziliśmy tego.
Równolegle z zakupami załatwiane są papiery czarteru, odprawa wyjazdowa (bo jutro zmierzamy do innego kraju) i odbiór techniczny katamaranów. Jak tylko mamy wszystko gotowe wypływamy z mariny i po dość krótkiej przejażdżce wracamy na noc na kotwicowisko blisko Le Marin.
Saint Lucia – Rodney Bay
Od rana – problemy… W nocy kilka razy włączył się alarm niskiego poziomu naładowania akumulatora domestic (czyli zasilającego kabiny, lodówki, itp.) i musiał być doładowywany generatorem. Nasz kapitan zauważył problem już podczas odbierania jachtu (szacun) ale nie wyglądało to tak źle. Na drugim katamaranie – jeden z silników przestał odpalać… Czarterownia uporała się z obydwoma usterkami wymieniając odpowiednio: akumulator i rozrusznik. Dobrze, że nie odpłynęliśmy jeszcze daleko. Pozostała niepewność co będzie następne ale szczęśliwie więcej poważnych usterek nie było (no, nie licząc awarii jednej z toalet…).
Gdy tylko wszystko jest gotowe – ruszamy w drogę na Saint Lucię. Przyzwoicie wieje i do Rodney Bay docieramy o zmierzchu. Nie zdążymy już się odprawić aby móc legalnie zejść na ląd. Wywieszamy tylko żółtą flagę i zostajemy na pokładzie. A na lądzie – impreza do późnej nocy, wzmacniacze na cały regulator i głośniki chyba odwrócone w morze, czyli… do nas (mnie tam nie przeszkadzało).
Soufriere
O świcie (czyli koło godziny 6-tej) ruszamy dalej na południe do Soufriere. Tu sprawnie udaje się załatwić odprawę wjazdową i wyjazdową (bo jutro znów zmieniamy kraj na Saint Vincent i Grenadyny) i można płynąć na ląd. Eksplorujemy niewielkie miasteczko. Fajne, lokaleskie, niektórzy mówią że wygląda niezbyt bezpiecznie. W sumie nic tu nie ma. Idziemy do ogrodu botanicznego. Zadbany, fajne rośliny, całkowicie wyludniony. Pieniędzy nie zdążyliśmy zmienić bo jedyny bank jest wcześnie zamykany. Wybieramy tylko trochę dolarów karaibskich z bankomatu korzystając z Revoluta (bez ekstra prowizji).
Dolary karaibskie (właściwie wschodniokaraibskie) XCD, o stałym kursie 2.7 : 1 do USD, nazywane tu potocznie E.C. (czyt. i si, od east caribbean) albo po prostu dolarami, będą naszą główna walutą przez resztę rejsu. Gdy ktoś podaje cenę w dolarach to chodzi właśnie o E.C. Myślę, że celowo mówią dollars aby część turystów się nabrała i zapłaciła w USD. Należy zawsze wyciągnąć lokalne dolary, a gdyby miało się okazać że faktycznie chodziło o amerykańskie to już ktoś zwróci na to uwagę. Ale zazwyczaj tam gdzie USD są spodziewane jest to podane tak aby nie było wątpliwości.
Bequia
To nasz najdłuższy przelot, prawie 60 mil! Ruszyliśmy wcześnie, w okolicy 6-tej. Plan „b” był taki aby dopłynąć na Saint Vincent. Ale tak dobrze wiało, że dotarliśmy znacznie dalej do Port Elizabeth na Bequii. Ale nie na tyle wcześnie aby dało się jeszcze odprawić. Tak więc, żółta flaga, jacht. Dzień na morzu.
Port Elizabeth
Rano skipperzy załatwiają formalności z odprawą i resztę dnia mamy wolną. Spacerkiem przemieszczamy się od knajpki do knajpki. Niektórzy idą na nurkowanie. Po opisach nura z Martyniki nie zdecydowaliśmy się. Tamto było chyba dla bardzo zaawansowanych i nikt się klientami za bardzo nie interesował. A tutaj inaczej – pełny profesjonalizm i nasi nurkowie zachwyceni ogromnymi lobsterami jakie widzieli. No, ale nie byliśmy… W zamian poszliśmy trochę posnorklować przy przybrzeżnej rafie. Było tak sobie.
Mayreau
Krótki przeskok na Mayreau (start znów o świcie, jak prawie codziennie). Lokalesi na łodziach witają nas słowami welcome to paradise. Faktycznie zatoczka jest przepiękna. Jak lokales złowi przybyszów to już ich pilnuje. I od razu jest oferta na obiad z lobsterami dla całej załogi (a kapitan za free). Cena – 100 xcd/os (~130zł), nie licząc drinków. My mówimy, że chcemy wegetariańskie jedzenie i niby coś ma być. Na plaży jest kilka barów i jadłodajni, ale wszystko działa w takim systemie. Nigdzie nie ma cen. Zamawiasz coś a następnie dostajesz rachunek taki na ile wyglądasz. Biedak przecież katamaranem nie przypłynie. Np. za 2 poncze rumowe i jedne frytki zapłaciliśmy ~80zł. Całe popołudnie spędzamy na miłym nicnierobieniu w pięknych okolicznościach przyrody. Wieczorem wspólna kolacja. Naszych dań wege nie ma. Dostaliśmy tylko (wspólne) dodatki do lobsterów – ryż i kartofle. I miało też kosztować 100xcd! Po interwencji padło pytanie czy może 50? Drogo, ale zapłaciliśmy. Napoje oczywiście osobno. Nie piszę tego żeby narzekać, ale warto wiedzieć jak jest i czego się spodziewać.
Tobago Cays
Dziś bez wczesnego wstawania bo nasza trasa to tylko 3 mile na pobliskie Tobago Cays. To taka grupa przepięknych bezludnych wysepek. Najwięcej jachtów stoi na kotwicach w kanale pomiędzy Petit Rameau a Petit Bateau. Jest dość ciasno, więc próbujemy stanąć trochę dalej, w znacznie mniej osłoniętym miejscu. Maski, płetwy i do wody podziwiać żółwie których jest tu niemało. Przed wieczorem zapada decyzja aby przenieść się tam gdzie stoi większość jachtów (cały czas jest silny wiatr i rzuca nami tak, że obawiamy się o kotwicę w nocy). Również w nowym miejscu wieje i jest prąd jak w rzece ale i tak wydaje się być trochę lepiej. Po zmroku zamówiona kolacja na lądzie (a miały to być bezludne wyspy!) Tym razem już prawie nikt nie chciał lobstera więc były ryby (bez wyboru jakie). Ceny równie wysokie. Kolacja oczywiście z podwózką i odwózką na jacht w cenie.
Canouan
Znów niezbyt długa trasa na Canouan. Cumujemy do boi naprzeciw jakiegoś hotelu wyglądającego na drogi, z szeroką plażą, leżakami i prawie zupełnym brakiem gości. Wszędzie gdzie są boje, są one czyjeś. Tzn. ktoś już wcześniej zauważy zbliżający się jacht i pędem w pontonie albo jakiejś łódeczce przypłynie zaoferować swoje usługi pomocy w cumowaniu. No i skasuje opłatę za stanie na boi – jakieś 50-60xcd. Czasem przypłyną też inne oferty – owoce, ryby, paciorki, woda, itp. Ale tutaj akurat jest spokój. Samo miasteczko ciche i trochę wymarłe bo jest niedziela. Sklep niby miał się otworzyć później, ale się nie otworzył. W sklepikach przy porcie owoce w cenach zaporowych. Niby to dlatego że nic nie jest uprawiane tu lokalnie, tylko jest przywiezione z Saint Vincent. W oddali słychać głośną muzykę. Podążamy za dźwiękiem i znajdujemy jakąś kościelną imprezę. Jest DJ, głośna karaibska muza, piwo, jakieś jedzenie!
Saint Vincent – Wallilabou
Piraci z Karaibów. To tutaj były kręcone niektóre sceny i zgromadzonych jest wiele rekwizytów. Wciąż istnieją pozostałości piersu gdzie Jack Sparrow wysiadał z tonącego żaglowca. Z łuku skalnego widocznego na fotce w oddali zwisali na filmie piraci. Fajne miejsce z klimatem. Dodatkowo z boku zatoczki przy skalnej ścianie całkiem fajna rafa do snorklowania.
Zatoka Wallilabou to też miejsce gdzie znajduje się słynny Antek Bar – polski bar na Karaibach. Planowaliśmy odwiedzić, znaleźliśmy miejsce, wyglądało jak od dawna opuszczone. Nie pasowało to do Internetowych komentarzy z imprez w tym miejscu krótko przed naszym przyjazdem, a także niezbyt długo po… Może trafiliśmy na niewłaściwy moment.
Marigot
Zostajemy tu do jutra. Właściciel boi na której stoimy stara się sprzedać lokalne wycieczki i boja ma być za free (za mało chyba sprzedał bo za free ostatecznie nie była). Ma to być objazd taksówką kilku miejsc, jakaś fabryka czekolady, fabryka rumu, itp. Trudno uzyskać bardziej szczegółowe informacje, ale ma to być drogie. Część osób się decyduje (finalnie wyszło jeszcze drożej niż wszyscy myśleli). Część idzie na nurkowanie, a my na snorklowanie. Był trudny kontakt z bazą nurkową, żadnych konkretów, ktoś chciał abyśmy zostawili komuś innemu dane karty kredytowej, itp. Niepewni co będzie stawiliśmy się w wyznaczonym miejscu rano i pojawił się problem – nie ma dla nas lunchu i nie mogą nas wziąć na dwa nurki i dwa snorkle, tylko na jeden. Idealnie – o to nam chodziło! Niedługo później wypływamy łodzią nurkową z całkiem dużą grupą. Wyskakujemy do wody w jednym miejscu, płyniemy wzdłuż skalistego brzegu (my górą, diverzy dołem) i godzinkę później wyławiają nas w innym miejscu. Było całkiem ok. A najfajniejsze było to, że grupa miała teraz mieć lunch, a nas wysadzili – a właściwie poprosili o wyskoczenie do wody i dopłynięcie do brzegu! Stąd mieliśmy podwózkę busikiem (w mokrych ubraniach!) na miejsce startu. Szkoda tylko, że nie mogliśmy zostać tam dłużej, bo okolica była naprawdę ładna.
Le Marin
Ruszamy bez pośpiechu przy nadciągającym deszczu. Po drodze postój w zatoce przy Anse d’Arlet i ostatnia kąpiel. Dalej już tylko na silniku, prosto pod silny wiatr i dużą falę. Spóźniamy się minimalnie i stacja benzynowa w Le Marin jest zamknięta. Wychodzi nam to na dobre bo paliwo mamy za free jako rekompensatę za stracony dzień na początku rejsu – jesteśmy do przodu około 200 EUR. Nie spaliliśmy dużo bo prawie nie pływaliśmy na silniku. Często za to włączaliśmy generator aby podładować akumulatory, a także zasilać water maker. Jedyna dostępna woda z kranu to dzień startu. Raz jeszcze kupiliśmy wodę z pływającej pralnio/cysterny (drogo). A tak to odsalarka – rzecz tutaj niezbędna.
Wchodzenie i wychodzenie z Le Marin jest ciekawe – telefon do czarterowni i za moment jest ekipa w pontonie, przejmuje jacht i na pełnej prędkości wpływa i cumuje do kei. To chyba sposób na minimalizowanie strat i ryzyka. W ten oto sposób przez całe dwa tygodnie ani razu nie wchodziliśmy ani nie wychodziliśmy z mariny. Jedyna marina na naszej trasie to właśnie Le Marin, a tu mieliśmy obsługę! Wszystkie pozostałe postoje to boja lub kotwica.
Martinique
Dzień (a właściwie dwa dni) powrotu. Oddawanie jachtu (nic nie zepsuliśmy), pakowanie, transfer na lotnisko, lot do Paryża, zmiana lotniska, długie czekanie i w końcu lot do PL. Czas na podsumowania:
Żeglarsko rejs był bardzo udany. Cały czas silny lub bardzo silny wiatr – przez pierwszy tydzień lewy, a przez drugi tydzień prawy hals. Zero halsowania. Zero silnika (poza wchodzeniem i wychodzeniem z zatok oczywiście). Fala dość duża. Pogoda idealna. Ciepło, okazjonalnie lekki deszczyk w niczym nie przeszkadzający (najczęściej w nocy). Katamaran luksusowy (jak dla kogoś kto nigdy jeszcze katamaranem nie pływał). Dużo miejsca w kokpicie, dużo miejsca w mesie, przestronne kabiny, każda z własną toaletą i prysznicem. Klimatyzacja (której nie używaliśmy), prąd bez ograniczeń (generator), Internet bez ograniczeń (mieliśmy starlinka, ale to już nie wyposażenie jachtu). Jedynie wodę trzeba było oszczędzać bo zbiornik mały (tylko ~200l) a odsalarka uzupełniała go baaardzo powoli.
Podróżniczo – była to okazja zobaczenia miejsc gdzie inaczej pewnie wcale bym nie dotarł. Pozostaje niedosyt – dokładniejszego zeksplorowania odwiedzanych wysp i podziwiania pięknej przyrody, bliższego poznania ludzi i tego jakimi są na co dzień a nie tylko przy obsłudze bogatych przybyszów. Na to potrzeba czasu i wolności jakiej nie daje rejs.
Co dalej – podobno pierwszy rejs z Martyniki wszyscy robią na południe, w dzikie rejony, tam gdzie tylko piraci z Karaibów! A kolejny na północ – Dominika, Gwadelupa. I nie powiem, coraz bardziej mi się ten pomysł zaczyna podobać 🙂














